Kokaina

To była noc, piątkowa noc.
Mgła zakrywała nas od świata.
Anioły biegły po niebie,
siejąc za sobą słodki pył.
Nieważna była wtedy Ameryka,
śmierć i zdrada.
Ważne było to, by ta chwila trwała.
Wciąż trwała.
Ktoś krzyknął - nie nasza sprawa.
Wiatr umarł jak wszystko,
by dać nam spokój.

I niby przecież taka piękna myśl!
Jestem teraz tu,
kokaina daje żyć.
Odkupienie!
To wszystko zdradą jest!
Chciałbym wszystkie grzechy z siebie zmyć,
ale na razie boję się, by się nie budzić...
I dusić...

Białe ściany, okno uchylone lekko.
Puch pościeli ogrzewa chłodny oddech.
Ten, który właśnie wrócił.
Ballad przed snem sto,
bez poranka noc...
Jakby 100 lat wcześniej.
Boże ten piękny czas, niebo.
I tylko śmiech. I placebo.
Nasze ogony zakręcone w koło,
gubimy w tym się czasem.
Teraz chciałbym wiedzieć kogo
diabeł zabierze tym razem,
by dać nam spokój.

I niby przecież taka piękna myśl!
Jestem teraz tu,
kokaina daje żyć.
Odkupienie!
To wszystko zdradą jest!
Chciałbym wszystkie grzechy z siebie zmyć,
ale na razie boję się, by się nie budzić...
I dusić...

I niby przecież jestem taki sam!
A Ty byłaś kiedyś tu.
kokaina zabija mnie!
Odkupienie!
To wszystko prawdą jest!
Chciałbym cofnąć kiedyś czas, nowym być!
ale na razie boję się, by się nie budzić...
I dusić...

niedziela, 23 września 2007