Kiedy tęsknisz za tym, jaki byleś kiedyś wszystko dookoła wydaje się, powiedzmy, nieciekawe. Chociaż nie chcesz, to i tak brniesz w stronę, w która nigdy nie chciałeś. Wiesz, że to nie z Twojej winy, ale dla Twojego dobra. Brniesz tak najpierw dniami, potem tygodniami a w końcu są to długie miesiące... Śpiewasz piosenki, których nigdy nie chciało usłyszeć Twoje ucho, robisz wiele rzeczy wbrew sobie. Wybierasz wiele zła dla siebie, ale w imię 'lepszego' jutra... Lepszego, ale czy dla Ciebie...?
"I może się mylę, i może Ty masz racje..."
W końcu pierdolisz system. Jedne spojrzenie zmienia wszystko. Chwilowy "śmiech i maskowany ból w tle". Ale szybko się otrząsasz. Bo to spojrzenie przeminęło bardzo dawno, przeminęło razem z czasami, w których czułeś się sobą. Wtedy mimo tego, że robiłeś wiele złych rzeczy, chciałeś taki być, byłeś szczęśliwy.
Więc czemu by do tego nie wrócić?
I wracasz. W jednej chwili poznajesz stare sytuacje, znane miejsca. Poznajesz te wyrazy twarzy, zachowania. Godziny płyną tak samo wolno, a wiatr znów wieje tylko w plecy, lekko. Tylko... "Co się stało z tymi, którzy byli przy moim boku? Co się stało z nimi? Dla nich - łza w oku...". I stoisz w tym szczęściu sam. Bo przegapiłeś moment, kiedy wszyscy już z tego... wyrośli. To przykre uczucie.
Ale jesteś szczęśliwy. Bo przecież się ułoży na nowo...
No i sprawa druga. Trudniejsza.
Trudno to zobrazować. To tak jakbyś... Przebiegł 10 kilometrów tak po prostu, dla zdrowia i na końcu zapalił papierosa. Starasz sie, żeby wszystko było jak najlepiej, chcesz budować, poprawiać. Ale w końcu tracisz w to wiarę, stajesz się obojętny. I dlaczego?
Bo boisz się, że sobie nie poradzisz? Że to Cię w końcu przytłoczy i 'utkniesz' w punkcie bez powrotu?
Jeśli znasz taki układ spraw to wiedz, że nie dowiesz się co będzie, jeśli nie spróbujesz. A jeśli nie spróbujesz, nigdy nie zakończysz tej sprawy. Tak jak ja, za wiele otwartych tematów bez siły ich kontynuowania. I chciałbym coś z tym zrobić, ale się boję. Co jest lepsze...
"Pomóż mi się znaleźć, błagam..."
Te same dni, te same sny...
czwartek, 11 października 2007